Temat ocalenia mozaiki znajdującej się na budynku dawnej Fabryki Dywanów w Kowarach powraca do nas co jakiś czas. Nie oszukując się… bez większego efektu 🙁 Czy tym razem temat również urwie się na internetowych spekulacjach i pustych obietnicach ze strony władz miasta, jak to bywało w poprzednich latach? Może jednak zostaniemy miło zaskoczeni…? Nastąpi jakiś przełomowy moment i w ostatniej chwili zostanie powstrzymana ta totalna destrukcja okazałej realizacji autorstwa Pani Stanisławy Lewkowicz i zespołu pracowników kowarskiej Dywanówki.
Coś, co powinno być chlubą, staje się z dnia na dzień zmorą. Nie oszukujmy się, miasto Kowary na obecną chwilę najwięcej turystów zyskuje dzięki wspaniałej inicjatywie, jaką jest Muzeum Sentymentów, i działaniom prowadzonym przez właściciela Andrzeja Olszewskiego, który również stale próbuje poruszać temat ratowania mozaiki. Piękną formą uwiecznienia pracy jest powstały we współpracy Muzeum z Panią Stanisławą odtworzony projekt magnesu w kształcie mozaikowego dywanu, który można nabyć w muzealnym sklepiku. Od jakiegoś czasu temat mozaiki pojawia się również dzięki osobie Pani Emilii Baszak, która odpowiada za działania związane z odbudową i odrestaurowaniem kowarskiego „Grzybka” – herbaciarni. Pani Emilia wykazuje duże pokłady zaangażowania i chęci do ratowania dziedzictwa Kowar. Niestety, w przypadku mozaiki temat blokuje nieustannie obecny właściciel obiektu, który sam nie jest skłonny wykazać żadnej inicjatywy mogącej nadać nowe życie kowarskiemu dywanowi.
My dziś jednak możemy wykonać duży krok w utrwaleniu tej pięknej historii z Fabryki Dywanów. Aby jeszcze bardziej przybliżyć ją, cofnijmy się w czasie i przypomnijmy proces jej powstawania, o którym z wielkim zaangażowaniem kilka lat temu opowiedzieli nam sama autorka, Pani Stanisława Lewkowicz (z domu Piwońska), i jej mąż, Krzysztof Lewkowicz, którym serdecznie dziękujemy za piękne i ciepłe przyjęcie i chęć podzielenia się swoimi wspomnieniami.
Wszystkich zainteresowanych dziedzictwem Dolnego Śląska wspólnie z Alkiem Rynkiewiczem zapraszamy do lektury.

Stanisława Lewkowicz: Fabryka Dywanów, której bogate tradycje sięgają 1854 r., korzystając z doświadczeń i wiedzy fachowej wielu pokoleń przędzalników, tkaczy i projektantów, produkowała i oferowała szeroki wachlarz wysokiej jakości wyrobów do wszelkiego rodzaju zastosowań w dwóch głównych technologiach: dywany Axminster w nieograniczonej liczbie kolorów w deseniach klasycznych i w różnych szerokościach oraz wykładziny igłowe – gładkie, wielokolorowe i drukowane, o runie pętelkowej i cięto-pętelkowej, dopóki nie upadła.
Czas przełomu to był początek schyłku Fabryki. Nastąpiła prywatyzacja majątku państwowego, nastał czas restrukturyzacji. W 2009 r. została ogłoszona upadłość i w Fabryce zgasło światło. Syndyk podzielił zakład na budynki. Zostały sprzedane prywatnym właścicielom. Samą firmę nowy właściciel kupił i przeniósł ją do Kamiennej Góry. Był to smutny czas dla załogi, jak i dla miasta, przecież całymi rodzinami pracowali w tej słynnej Fabryce!!!

Jak znalazła się Pani w Fabryce Dywanów w Kowarach?
Do Fabryki przyszłam pracować w 1969 r., była tam jeszcze stara niemiecka technologia. Aż się wzruszam, jak komuś opowiadam o pięknym dywanie z tamtych czasów – kompozycja
z bordiurą, trzy metry na cztery, na granatowym tle, piękne kwiaty w beżach, mnóstwo kolorów. Zamarłam, takie ładne…
Dzisiaj się pisze CV, a ja wtedy tylko dyplom mogłam pokazać, bo cóż więcej? Pan dyrektor Stefan Połomski, świetny człowiek, spojrzał na cenzurkę i powiedział: „Chcemy więcej takich ludzi!”. To była jesień, do końca roku była blokada etatów – dopiero od nowego roku mogli mnie przyjąć. Czekałam trzy miesiące cierpliwie. Jak już tu przyszłam, od razu połknęłam bakcyla. Zwiedzałam fabrykę, dyrektor powiedział, że muszę poznać całą technologię od podszewki. Najpierw dał mnie na dwa tygodnie na krosna, żebym się przyjrzała, jak to wygląda od strony technicznej. Był cały park maszynowy, krosna – ta stara technologia. Robiono tradycyjne dywany z bordiurą. Później jakiś rysunek, wybicie kart żakardowych… I tak się zaczęło…
Zespół był nieduży. Przyjmowała się nowa kadra, coraz więcej ludzi z wykształceniem wyższym – plastycy z Wrocławia, Poznania, Katowic. W tym samym roku na wiosnę przyjechała do nas na praktykę stypendystka z wyższej uczelni plastycznej z Łodzi [Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych w Łodzi, a dzisiaj Akademia Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi – przyp. red.] po tkaninie Bożena Przybysz-Burgielka. Wykonała tu swoją pracę dyplomową – piękny dywan w technologii „Herat”, bardzo nowoczesna kompozycja, a później przyjęła pracę na wzorcowni na stanowisko kierowniczki. Jej zastępczynią była Helena Serokos, absolwentka szkoły plastycznej w Wiśniczu [Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. J. Matejki w Nowym Wiśniczu – przyp. red.]. Od tej pory już byłyśmy razem. To był bardzo prężny okres dla Fabryki, dużo się działo. Dyrektor, który mnie przyjmował, zdecydował, że kupujemy nowe krosna – zostawiamy tę starą technologię, bo była hałaśliwa i mało wydajna. Nabył maszyny z Anglii – aksminstery [Axminster – miasto
w Wielkiej Brytanii, w hrabstwie Devon, w którym od 1755 r. produkowano dywany z owczej wełny – przyp. red.]. To była zupełnie inna technologia. Mieliśmy kontrakty podpisane, wszystko ładnie szło, wysyłaliśmy do Japonii i Arabii Saudyjskiej. Do wielu krajów.
Czyli był zbyt?
Był, był… Dywany szły do hoteli, na statki, do samolotów, do biur. Była moda na dywany
i wszyscy chcieli te z Kowar. Ale to były też czasy trudne. Nie każdy mógł sobie na taki dywan pozwolić…
Tu też poznaliśmy się z mężem. Plastyk-amator. Trafił na wzorcownię. Ale to inna historia…
Jak Pani wspomina ten czas – ostatnie dwie dekady fabryki?
Pamiętam 1996 r. Czułam już, że się nie da tutaj pracować. Schyłek i upadek firmy zaczął się od restrukturyzacji. Wprowadzono Narodowy Fundusz Inwestycyjny [15 narodowych funduszy inwestycyjnych stanowiło element Programu Powszechnej Prywatyzacji w pierwszej połowie lat 90. – przyp. red.]. Był specjalny minister, który się tym zajmował, rady nadzorcze, nowi ludzie. Wszystko szło w złym kierunku.
To nie jest tak, że to zbiegło się z tym, że dywany stały się niemodne, więc przestały się też sprzedawać? Lata 90. to też czas, kiedy zapomina się o cennym rzemiośle.
Też była i taka moda… Były przecież panele, pojawiły się belgijskie dywany. Ale niektóre fabryczki przetrwały, np. ta porcelany w Bolesławcu.

Porozmawiajmy o mozaice. Dzisiaj jest w opłakanym stanie. Kafelki odpadają, pękają.
Było tak… Pan Andrzej Olszewski założył Muzeum Sentymentów na terenie Fabryki. Bardzo był wpatrzony w tę mozaikę i zaczął koło tego chodzić, żeby ją ratować. Był u pani burmistrz, sprowadził dziennikarzy, do mnie dzwonił, czy się zgodzę na wywiad. Ja się zgodziłam, owszem, ale to lokalna telewizja pokazała. Robił, co mógł. Zrobiło się głośno. Konserwator zabytków się włączył. Burmistrz powiedziała, że są środki zabezpieczone na jej odnowienie. Ale rok po roku mija i jest coraz gorzej. Też przez te wszystkie zjawiska atmosferyczne – to jest tylko cement i delikatne kosteczki ceramiczne. To się nie utrzyma. Wiedzą panowie, myśmy nie mieli wpływu na kwestie techniczne. Mieliśmy ekipę budowlaną, która czekała na nasz wyrób. Oprócz tego, że ja rysunek zrobiłam, sama bym nie mogła wykonać całej pracy odczytywania wzoru, ponieważ – tak jak i na krośnie – musiałyśmy każdą linię odczytać…
46 lat minęło. To już zamierzchła sprawa. Teraz się zastanawiam, co z tymi kosteczkami, bo fabryka też już nie istnieje, ta w Wałbrzychu, skąd mieliśmy ceramikę do mozaiki. Może jeszcze można tę mozaikę odtworzyć?
Ma Pani jeszcze oryginalny projekt?
Pan Andrzej mnie prosił, żeby mu odtworzyła 1/4 rysunku. Stary przepadł przed laty. To był 1978 r., kiedy tworzyłyśmy mozaikę. Byłam w ciąży, a dyrektor naciskał…

Miała Pani doświadczenie w takich pracach?
Wcześniej, owszem, robiłyśmy billboard czy reklamę na wjeździe do Kowar – najpierw na stelażu, ale wiatr przewrócił, potem dużej jucie – zawisła na ścianie, ale nie na długo. Nie powiodło się.
Wracamy do mozaiki… Jak to zrobić, żeby to trwało?! Była wówczas moda właśnie na kafelki. Do dyrektora mówię, że to tak zrobimy. Dociekał, naciskał… Pojechałam do fabryki
w Wałbrzychu [pani Stanisława nie pamięta dokładnie, czy był to „Krzysztof”, „Książ” czy „Wałbrzych” – przyp. red.] kosteczki wybrać w 17 kolorach według przygotowanego rysunku. Bardzo dużo tego było, nawet w nadmiarze, bo coś mogło się zniszczyć, złamać, być niekompletne… Musiałam mieć to na uwadze, by to wszystko ładnie zagrało.
To było zadanie i wyzwanie. Na podstawie wcześniejszych prób, kiedy chcieliśmy zareklamować Fabrykę i to się nie udawało, mozaika była najlepszym rozwiązaniem. Ja się tego podjęłam ze spontaniczności, bo taka byłam i jestem do dzisiaj. Jestem zadaniowcem.
Wróćmy do początków mozaiki. Jak ona powstawała?
Ściana była okazała. Rysunek robiłam w skali 1:5. Jak namalowałam 1/4 rysunku, musiałam rozliczyć każdy kolor, jaki udział procentowy ma, ile to jest sztuk… Jak już był rysunek gotowy, doszły do mnie dziewczyny z wzorcowni. W sumie 10 osób nas pracowało [Jan
i Krystyna Tkaczykowie, Maria Tabaszewska (Karwan), Lucyna Kapalla, Stanisława Piwońska (Lewkowicz), Radosław Grochowiak, Małgorzata Błachut, Zofia Szuster, Piotr Woźniak
i Janina Kochan (Mendaluk); była także Zofia Lipińska, która podczas układania mozaiki była na urlopie macierzyńskim], żeby odczytywać wzór i układać w formy. Linia po linii. Tak samo jak w technologii dywanowej, tak samo musiałyśmy ten dywan ułożyć na ścianie. Fragment po fragmencie, numerowany, opisywany. Jak już zrobiłyśmy wszystko, to przyszła ekipa budowlana i nam to przykleiła do ściany. Później odsłonięcie uroczyste. Efekt był. To była taka reklama dla nas, wskazówka, szyld, że tu jest Fabryka. Rozpoznawalny znak.
To były osoby wybrane przez Panią?
Przez panią Helenę Serokos na polecenie dyrektora, bo moja szefowa była na urlopie macierzyńskim. Był też konserwator od wzorów, pan Piotr Woźniak, który przygotowywał papier i klej kostny na gorąco, aby ułożone kasetony przyklejać, numerować. Żmudna praca.
10 osób, myśleliśmy, że więcej…
Nie, nie. Ktoś musiał zostać na produkcji. To były pojedyncze godziny, żeśmy odchodzili od wzorów i szli układać. Nie można było osiem godzin pracować na stojąco, na stołach i w te szabloniki wkładać kosteczki.
Wszyscy byli z naszej pracowni plastycznej, nikt spoza. Ekipa plastyczek z wzorcowni.
W „Kurierze Polskim” ukazał się wywiad o mozaice. Ja go nie udzielałam, ale ktoś powiedział, jak było: elewację zaprojektowałam ja – jest moje nazwisko i przez ponad trzy miesiące, aby ukończyć tę dekorację, pracowało 10 osób.
Jak złożyłyśmy już całość, to weszła ekipa budowlana. Kolejne dwie osoby, też z fabryki. Wiedzą panowie, my tu mieliśmy bardzo duże zaplecze – stolarz, budowlańcy, mechanicy, ślusarze, elektrycy. Na potrzeby stołówki mieliśmy ubojnię świń. Był dom wczasowy.
W najlepszym czasie pracowało tu 3 tys. osób. Tyle było załogi. Z Jeleniej Góry przyjeżdżali. Przede wszystkim mieliśmy pracę, ale nie tylko. Mieliśmy żłobek, przychodnię z lekarzami. Klinika wrocławska na Traugutta z nami współpracowała. Już jej nie ma. Jak była potrzeba, przyjeżdżali lekarze z Centrum Zdrowia Dziecka. Wszyscy nas kochali. Oprócz tego, że robiłyśmy produkcję, to jeszcze tkały dziewczyny gobeliny dla papieża i szefa ONZ-u, dla Centrum powstało dziewięć gobelinów, robiłyśmy makatki, bo była kiedyś na nie moda. Danuta Muszyńska malowała pocztówki – były buzie dziewczynek z różnych kontynentów. Chłopiec też był, taki z miseczką. Jest tu Stowarzyszenie Miłośników Kowar – mają swoje muzeum. Tam jest taki mały fragment pracy plastyczek i trochę dywanów.
Pani dywan wygląda, jakby był namalowany na ścianie. Dopiero jak się podejdzie,
z bliska, dostrzega się, że to są kosteczki.
No, ale łatwo nie było.

Jak wyglądała techniczna strona układania mozaiki?
Odczytywałyśmy wzór linia po linii, wszystko ponumerowane. To tak szło – na jedną ćwiartkę, na drugą, na trzecią, na czwartą równocześnie, bo dywan był malowany na 1/4 w odbiciu lustrzanym. Pierwszy kaseton, drugi kaseton itd. I to wszystko dokładnie ponumerowane, żeby nie było pomyłek.
Cały kaseton miał ok. 40 cm, forma, do której wkładano ceramiczne kosteczki, miała 25 na 25, takimi właśnie fragmentami odczytywałyśmy ten wzór. Jak już była ułożona cała forma, naklejałyśmy na to papier pakowy klejem kostnym na gorąco, zapach był ciężki. Niestety musiałyśmy to znosić. Trzy miesiące trwało całe przygotowanie prac, zanim żeśmy ułożyły ten rysunek. Następny etap to klejenie na ścianie przez murarzy, na zaprawę tynkową. Później była chwila prawdy. Odsłanianie. Na mokro zmywało się ten papier.
Pojawił się jednak błąd… Jeden kaseton przełożony w górnej części dywanu.
My wszystko opisywałyśmy, żeby nie pomylić. A i tak jest jedna pomyłka. W jednym miejscu facet odwrócił źle… Powinnyśmy dokładniej opisać, gdzie góra, gdzie dół, bo jak oni później przyklejali, to łatwo było o pomyłkę. Jakaś nieuwaga, złapał nie z tej strony… Zawsze coś się może wydarzyć.
Fabryka to był żywioł, a jestem zadaniowcem. Jak coś jest do zrobienia, to ja już chętnie się
w to włączam. I tak poszło, że ja się wtedy tym zajęłam. Trzy miesiące trwało, zanim żeśmy ułożyły ten rysunek i robotnicy nam to wykończyli. Później była chwila prawdy. Mozaika to był taki wizerunek i mapa drogowa do Fabryki, bo gdzie ta Fabryka? Proszę – dywan gigant! Wspaniałą reklamę miał Fabryka Dywanów w Kowarach, ścianę zakładu zdobił zrobiony z 169 344 elementów dywan, o wielkości 8 x 9 m, czyli 72 m kw.
Kiedyś wracałam z pracy z fabryki, idą dwie panie, patrzą na mozaikę i mówią: „To chyba Gielniak!” [Józef Gielniak – pochodzący z rodziny polskiej we Francji artysta, w 1953 r. trafił do sanatorium przeciwgruźliczego „Bukowiec” w Kowarach – przyp. red.]. A mnie zatkało! Bo to jest człowiek, który tu był artystą. Gruźlik, przyjechał się leczyć. Wspaniały grafik, sławy światowej! On tu został do śmierci w 1972 r. To był taki prestiż i spokój, pewność, że to moje. Patrzyli na nas, jakbyśmy były wyjątkowe. Innym razem wychodzę sobie z bloku, a tam pani mnie pyta, jak zrobić, by jej córka mogła dostać pracę na wzorcowni. Człowiek czuł się doceniony. Miłe, bo to były też jednak siermiężne czasy. Stało się w kolejkach po mleko dla dzieci. Z samego rana.
Wiedzą panowie, jak nas, plastyczki z wzorcowni, traktowano? Przychodzili nas oglądać jako taką ciekawostkę. Wchodziły wycieczki, studenci na praktyki zawodowe. Jeździliśmy też na targi. Mogliśmy wyjeżdżać na Zachód. Pierwszy raz w 1975 r. Byliśmy w Anglii, bo kupowaliśmy kolejne krosno. To był szok. U nas był wtedy jeszcze Gomułka. Byliśmy
u właściciela fabryki w Blackburn. Był milionerem. Zaprosił nas na pożegnalną kolację do swojego domu. Tam był dopiero przepych w domu… Mąż był w latach 80., na początku,
w Austrii na szkoleniu. W Polsce stan wojenny, a oni tam przeżywali bajkę.
W późniejszych latach jeździliśmy na targi przemysłu lekkiego. Co roku do Hanoweru. To też był obłęd – cały świat się tam wystawiał. Piękne rzeczy. Też mieliśmy zawsze swoje stoisko, każdy z Polski: łódzki Dywilan, białostocka Agnella i Kowary. Jeszcze był Kietrz, ale to za dawnych czasów.
Wspomniała pani o dyrektorze…
Kiedy ja przyszłam, ten dyrektor był bardzo oddany pracy, zafascynowany Fabryką i jej rozwojem. Stara fabryka poniemiecka się już chyliła ku upadkowi. Trzeba było podjąć decyzję. I powstał nowy projekt Fabryki Dywanów. Kupiono krosna w Anglii. Stare gdzieś oddano, nawet wzornictwo, co też było błędem. Jak Gomułka odszedł i był Gierek, to z nakazu przyszedł nowy dyrektor, z Gorzowa, Stanisław Dziedzic ze swoją ekipą. On też był zafascynowany Fabryką, szczególnie wzorcownią. Mówił nam, że mamy dar. Potem był stan wojenny i go odwołano, a on bardzo dużo też zrobił, był otwarty na świat.
W 1977 r. przyjechała ekipa od Gierka wybrać dywany, mnie wydelegowano i pojechałam z ekipą krajaczy do domu I sekretarza na ul. Różaną do Katowic. Nocowaliśmy w hotelach,
a w ciągu dnia przyjmowała nas pani Stanisława Gierkowa. Powiedziała nam: „To ja nie wiedziałam, że w Polsce jest taka fabryka!”. Bo oni zamawiali bezpośrednio z Anglii wyposażenie wnętrz w domu. Wszystko poszło ładnie, a ja taką miałam przygodę. Potem do Gierka jechał samochód ciężarowy z dywanami, ale chyba wcześniej był tam architekt wnętrz i rozeznanie robił – w naszej Fabryce wskazywał, jakie dywany powinny być wybrane, a ja miałam za zadanie pani Stanisławie doradzać. W jeden dzień wszystko załatwiliśmy.
Wspomina pani współpracę z fabryką bardzo miło.
Bardzo dobrze się tam czułam. Byłam doceniona. Dużo miałyśmy obowiązków, nie miałyśmy lekko, ale lubiłyśmy tę pracę.
A inni pracownicy?
Satysfakcja, przede wszystkim. To jest praca dla cierpliwych. Kiedy nie mieliśmy jeszcze komputerów, to się ślęczało miesiąc nad rysunkiem większym. A jak był trudny, skomplikowany, to dłużej. Tym bardziej że mieliśmy nieograniczoną liczbę kolorów
w technologii aksminsterowskiej – plastyczka musiała dany kolor przyjąć, zaakceptować. Mozolna praca. Mieliśmy laboratorium, gdzie tworzono kolory na potrzeby danego wzoru, barwniki dostawaliśmy z zagranicy. Później schodzono z kosztów – próbowano zastępować je krajowymi, coraz rzadsze dywany, coraz niższe runo. Różne były metody, żeby zaoszczędzić, żeby robić tańsze dywany, bo gruby i z bardzo gęstym runem kosztował więcej.
W historii fabryki czytałam, że pierwsi tkacze byli wysłani do Smyrny (dziś. Izmir w Turcji)
i Heratu (dziś. Afganistan) – to są miejscowości, gdzie uczono ich rzemiosła. Stąd nawet nazwa: Fabryka Dywanów Smyrneńskich. Mozaika była zwieńczeniem i upamiętnieniem tej starej technologii.

Przy tych cięciach ucierpiała jakość?
Nie. Jeżeli dywan szedł na statek czy do hotelu, musiały być spełnione warunki. Były atesty. Zdarzało się, że robiliśmy pojedyncze egzemplarze. Głównie projekty na targi, wystawy, a przy okazji indywidualnie można było sobie dywan zrobić, ale on nigdy nie szedł w serii, dużym nakładzie, do sprzedania. Musieliśmy się trzymać rynku i tego, co ludziom potrzebne. Hitem był plaster miodu. Robiliśmy dywany do samolotów LOT-u, do Marriotta, do hoteli Orbis.
Miało powstać muzeum dokumentacji tych naszych prac gdzieś w Jeleniej Górze. Ale słuch
o tym zaginął… Wszystko przypadło. Cały dorobek. Włącznie z tymi unikatowymi pracami, które robiliśmy jednorazowo. To były rzadkie rzeczy. Źle się stało.
Ale już dla przeciętnego Kowalskiego można było tę jakość zaniżyć…?
Ale to była sztuczna wykładzina, o wiele tańsza i też była bardzo rozchwytywana.
Porozmawiajmy jeszcze chwilkę o fontannie.
Nigdzie dokumentów nie ma, a ona sama zdziczała.
To jest fontanna, która robi wielkie wrażenie. Szczególnie z lotu ptaka.
Oryginalnie to był pomysł chyba kogoś z grupy 10 × TAK [grupa tkacka z Wrocławia założona w 1972 r. przez plastyków pod przewodnictwem Ewy Poradowskiej-Werszler – przyp. red.], kogoś z Wrocławia. Nie będę mówić nazwiska, bo nie jestem pewna. Mój pomysł zaś był trochę zwariowany… Przyjechały gazony z cementu olbrzymie i myśmy się zaczęli interesować, co to jest? To będzie fontanna? Z przekory poniekąd poszłam do dyrektora, że mam swój, inny, pomysł. Zrobiłam szkic, przekrój w pozycji poziomej i z lotu ptaka, też na zasadzie tradycyjnego dywanu – oczywiście uproszczony, bo nie można było Bóg wie, czego tam zrobić, tylko łuki zamknąć, w środku medalion, narożniki, prosta linia. I gejzer wody. To wszystko było na głowie postawione. Zgodzili się. Dyrektor tylko powiedział: „Bierzemy to!”. Bardzo chciał to widzieć już… Pracowałam na zmiany, tak się umówiłam z szefową, by dokończyć tę fontannę. Ci fachowcy się trochę wściekali, że mnie nie ma, ale ja musiałam być przy tym, pilnować.
Gdyby to było konserwowane, to fontanna działałaby do dzisiaj… Od ponad 40 lat jest nieruszana. Od inauguracji. Kiedy była woda, przychodziły dzieciaki, było życie. Były kwiaty w narożnikach, ławeczki. Tego już nie ma. Trochę mi było przykro.
Kiedyś to pięknie wyglądało, dzisiaj ciężko wywnioskować, co to jest.
Moje wnuki mówią na to „labirynt”. [śmiech] Ja bym się włączyła, żeby to ratować. Ale nikt nie chce.
Muzeum Sentymentów jest popularne na cały kraj. Może uda się przekonać decydentów, by mozaikę i fontannę naprawić?
Nie wiem, jak to się skończy… Chyba tego nie uratujemy.
Ma Pani żal, że mozaika popadła w niepamięć i niszczeje?
Oczywiście, bo to moje dziecko. Ale to jest chyba nieuchronne. Wszystko przemija, my też jesteśmy w wędrówce, za chwilę nas nie będzie, ale póki jesteśmy i możemy coś powiedzieć, to bardzo proszę.

Pamięta Pani jakieś anegdoty z czasu tworzenia mozaiki, fontanny?
To był bardzo trudny okres. Byłam przy nadziei, ale nie było zgrzytów. Robiliśmy dzień po dniu. Wciągnęliśmy się. Najgorszy był zapach tego kleju kostnego. To są przykre momenty.
A tak to mam miłe wspomnienia. Te porównania do Gielniaka, zainteresowanie dziennikarzy.
Co mogę jeszcze powiedzieć odnośnie do fontanny… Były wspomnieniowe spotkania po latach. Zaproszony były dyrektor Dziedzic. Powiedział, że to jest dzieło sztuki. Było mi miło… Ja byłam skromną osobą, krępowałam się. Chciałam się cieszyć, ale nie miałam tego
w sobie…
A jakby Pani miała siebie opisać…
Moje nazwisko Stanisława Lewkowicz, rodowe – Piwońska. Pochodzę z okolic Rzeszowa. Urodziłam się w Przedborzu, blisko Kolbuszowej, w 1947 r. Jesienią. 27 października. Liceum kończyłam w Sędziszowie Małopolskim, bardzo było zacne. „Kuźnia Młodych Talentów”. Miasto bardzo walczyło o tę szkołę, ale podkradli nam ją do Rzeszowa. Była dla mnie drogowskazem i kierunkiem na przyszłość. Dużo mam dobrych wspomnień.
Wyemigrowałam na zachód i tu założyłam rodzinę, tu jest moje życie. Wszystko dobrze się skończyło. Moja praca zawodowa przy rysowaniu, malowaniu była dla mnie bardzo ważna – ja bym innej nie mogła wykonywać. To był relaks. Chyba że coś nie wychodziło, że było coś bardzo trudne, skomplikowane. Do tego jest potrzebna matematyka, bo tu się nie da nic a nic oszukać, jest dana kompozycja, z którą się muszę liczyć, wielkość krosna. Te wszystkie parametry techniczne muszę mieć na uwadze i nie mogę tego lekceważyć.
Starałam się dostać na akademię w Krakowie, ale nie wyszło. A to była uczelnia, która nam dała Matejkę i Wyspiańskiego. Trudno, powiedziałam, idę do pracy. To są studia kosztowne. Przeanalizowałem wszystko, że mnie na to nie będzie stać, a zaocznych kierunków nie było.
Żałuje Pani?
Żałuję, że nie miałam tej możliwości.
Co by to w Pani życiu zmieniło?
Nie wiem. Może bym się bardziej rozwinęła? Szkoła wyższa to jest status społecznie inny. Możliwości są inne. Przede wszystkim wiedza!
Do Krakowa Pani wracała później?
Pojechałam odebrać teczkę z pracami. Musiałam dość długo czekać z tym całym pakunkiem
w poczekalni na pociąg do Jeleniej Góry. Byłam już taka rozstrojona i zamyślona, że w pociągu przypomniałam sobie, że zostawiłam za ławką swoje prace. I tak się zaczęłam wahać – wysiąść czy nie? Jadę, trudno! Zostawiłam mój dorobek z całej szkoły średniej, tam było dużo pięknych prac, nagradzanych. Wszystko zostawiłam w Krakowie. Zamknęłam ten rozdział, przyjechałam do Kowar. Potem we Wrocławiu otworzyli studia zaoczne, ale też nie wyszło. Może teraz Uniwersytet Trzeciego Wieku? [śmiech]
Kiedy Pani odeszła z Fabryki?
W 1996 r. 30 lat pracy, kadry wystawiły kwitek. Odprawa. Ale już mnie Agnella z Białegostoku przejmowała, dzięki Bogu, z moją szefową, tą z uczelni łódzkiej. Zapytała mnie, czy z nią pójdę. „Chętnie” – powiedziałam. Jeszcze jedną koleżankę zapytała. Odeszłyśmy błyskawicznie. Dali nam etat, pracowałyśmy tu – w Kowarach, w prywatnej pracowni, prace do firmy wysyłałyśmy przez internet. Trzy lata do emerytury miałam, a ja z plastyczki awansowałam na plastyka specjalistę. Był pomysł, żeby odtwarzać arrasy wawelskie. Temat przyszedł do nas, do pracowni. Ja odtwarzałam „Uroczysko”, taki tytuł został nadany przez firmę. Arrasy wyprodukowane metodą przemysłową przeznaczone były do ambasad polskich.
Po przejściu na emeryturę nadal proszono mnie o współpracę dla Agnelli, ale już na innych warunkach.
Agnella dalej funkcjonuje.
Tak. Tylko zmienili się właściciele. Były tam jeszcze plastyczki z Łodzi, bo ten dyrektor działał prężnie. Po fabryczkach szukał fachowców, specjalistów. I tak to się potoczyło.


